CZASY, LUDZIE, WYDARZENIA
Dodatek do Głosu Narodu
W każdy wtorek i czwartek
Cena 3 gr.
Mimo, iż Orzeł Biały ponownie
jest wolnym, a nasz kraj wzrasta w siłę, nie każdy nasz rodak z radością
powrócił do Ojczyzny. Ba! Wielu wciąż walczy w obcych wojskach, do których
zostali wcieleni czy to wyrokami obcych mocarstw, czy to zwykłym zrządzeniem
losu. Jedną z takich osób jest sierżant Franciszek Tuszyński. Jego historia
jest o tyle niezwykła, że brał – w szeregach brytyjskich – udział w niesławnej
operacji „Zenit”, i co najważniejsze Opatrzność pozwoliła mu przeżyć to piekło.
O trudach walki, dzisiejszym świcie, sytuacji w Europie i wielu innych rzeczach
rozmawia Jan Bergman.
Jan Bergman: Dzień dobry. Na początek chciałbym, aby
odpowiedział pan na – najbardziej chyba oczywiste – pytanie o to, jakie
zrządzenie losu sprawiło, iż wylądował pan w armii Królestwa Brytanii.
Franciszek Tuszyński: Dzień dobry. Widzi pan, w 1918
kiedyśmy odzyskali wolność, to ja wciąż żyłem w Dublinie, z małżonką.
Przeniosłem się tam jeszcze w 1914 roku, a z kolei wcześniej służyłem w armii
serbskiej. Dokładniej to moje dziady jeszcze za rozbiorów dostali od Austriaków
majątek w Tyrolu, więc tam mieszkałem. Służyłem też w ichniej armii, ale w 1913
na Bałkanach, rozumie pan, przeszedłem na stronę Serbów – zawsze to swoi, a nie
te świńskie ryje. No a potem trafiła się taka okazja, żeby złapać się na fuchę
na greckim statku, co to akurat płynął do Irlandii – pomyślałem: czemu nie! Ja
to taki jak mój świętej pamięci ojciec, obieżyświat trochę.
J.B.: Jak rozumiem osiadł pan tam, a porwała pana fala
poboru?
F.T.: No, tak to nie zupełnie. Zamieszkałem w Dublinie,
zajmowałem się pracą w straży nocnej. Żonę poślubiłem (Polka, też ją po świecie
przegnało) w 1915, a
tak jak mówiłem, jak się dowiedziałem o niepodległości – to pomyślałem, żeby
się zawrócić do ojcowizny. Tym bardziej, że dostałem list od mojego serdecznego
przyjaciela z Wielkopolski, w którym powiadomił mnie on, że państwo nadaje
rekompensaty majątkowe. Rodzinie mojej, wszak Austriacy nadali nowy majątek,
ale za to wcześniej ruscy zabrali inny. Przy odrobinie szczęścia bym odzyskał
włości. No ale jak tylko pomyślałem – to czort wszystko strzelił. Anglicy wstrzymali
ruch statków pasażerskich, również powietrznych z powodu panoszących się
wszędzie Niemców. No to zaciągnąłem się do armii, bo była szansa że pojedziemy
do Polski stacjonować. Aleśmy nie pojechali.
J.B.: Chyba najbardziej interesującym pytaniem będzie to, o
operację „Zenit”. Wiedział pan, co się święci?

J.B.: Co było dalej?
F.T.: Dalej było jeszcze gorzej – ci, co im się udało
dotrzeć do lądu wpadali na miny, a zaraz potem tamci puścili gaz. I to był
jeden wielki koszmar, błądziliśmy śród zasieków, niekończących się zapór z
drutu kolczastego, wszystko w żółtej gazowej mgle, nie wiem co to był za gaz,
ale nic nie było widać. Z czołgów, to te co je zdążyli wyładować to od razu je
szlag trafił. Pamiętam jak jeden z latających statków, trafiony ciężko spadł...
na chłopaków z piątki. Zapaliło się paliwo, i wszystko stanęło w ogniu...
Niektórzy, zwłaszcza młodzi chcieli wracać na transportowce, ale dowódcy
grozili im pistoletami – chociaż wiedziałem, bo wszak znałem niektórych, że
sami byli przerażeni... Jedyne co się powiodło, to bombardowanie pierwszej
linii wroga. To dzięki tym draniom w powietrzu, dostaliśmy sposobność, aby się
dostać za mury. Tak, mury! U nich na wybrzeżach stawiane są mury, na któreśmy
wchodzili po drabinach i linach, jak przed wiekami. Ale co z tego, żeśmy
sforsowali pierwszą linię obrony, jak już w tym momencie straciliśmy większość
ludzi i sprzętu? Żaden z tych chodzących monstrów naszych [MAU – przyp. J.B.]
nawet ze statku nie wyszedł, bo te na których je wieźli to zatonęły zanim
zdążyły wylądować, po trafieniach artyleryjskich.
J.B.: A co z belgijskimi fortecami? To miał być as w
rękawie.
F.T.: To miał być as w rękawie, bo Belgowie mieli zaatakować
nie broniony port i tam się wyładować i zajść od tyłu. Ale mówiłem panu, tym
norwegom brak piątej klepki! Jak się tylko zaczęli Belgowie wyładowywać, to
przyleciał pojedynczy aeroplan. Spuścił na cały port jakąś bombę, tak że
wszystko zniknęło w błysku światła – a i u nas kilometry przecież dalej –
wszystko się trzęsło. Port i belgów szlag trafił.
J.B.: Czy była to jedna z tych „bomb atomowych”? Zrzucili ją
na własne miasto?
F.T.: Port leżał z dala od miast, ktoś mi mówił, że jak
zbudowano drugi to wszyscy się tam przenieśli i tu nie został nikt, tylko
rybacy. Ale to nie była ta bomba co pan mówi. Nie wiem co to było. Nikt nie wie.
J.B. Jak udało się panu przeżyć to piekło?
F.T.: Opatrzność nade mną czuwała. Myśmy, pokiereszowani i
przerażeni dotarli do przedmieść Bergen, i tam już rozpoczęła się regularna
bitwa. Wroga była nieprawdopodobna liczba i niektórzy od nas to od razu zaczęli
uciekać, ale przez te mury nie było z powrotem jak w panice! W końcu ktoś
wysadził po prostu cholerstwo i się przedostali. Niewiele pamiętam, to była
jedna wielka karuzela wybuchów, krzyków, gazu, i ludzkich ciał rozrywanych
szrapnelami i pociskami z armat. Kapitan jednego z transportowców zaryzykował i
przypłynął by zabrać tych co byli w odwrocie, już nikt nie protestował, już się
posypała wtedy linia rozkazów. Załadowało się paru na ten statek, a potem
gruchnęła w niego bomba i wszyscy poszli do pana Boga. Ja nie... Ja nie
zdążyłem tam dopłynąć. Nie chcę myśleć co by było, jak bym zdążył. A zabrali
mnie na załoga statku latającego, wyławiali tych co w panice rzucili się w
morze.
J.B.: Ilu przetrwało?
F.T.: Na pewno część trafiła do niewoli, ale co z nimi się
stało to nie chcę myśleć. Statek powietrzny to zabrał nas piętnastu. Ale ludzie
pouciekali łodziami desantowymi, wiem że część zabrały łodzie podwodne, ale to
może jakiś 30 – 40 ludzi. Najwięcej szczęścia mieli ci co nie wylądowali – trzy
statki miały awarię i musiały zaczekać, no to jakieś dziewięć tysięcy ludzi. I
to dzięki nim statystyka tych co przeżyli w ogóle jest, mówię panu, taka duża.
Bo z tych co wylądowali, to nie wiem czy będzie setka...
J.B.: To prawdziwy koszmar, należy tylko chwalić odwagę i
bohaterstwo tych, którzy odważyli się tam być.
F.T.: Odwaga? Bohaterstwo? A kto się spodziewał? Cały atak
był źle zaplanowany zupełnie. A i tak potem nas nazwali tchórzami, żeśmy
pouciekali.
Od Redackcji: Pan Franciszek jest
dziś w stanie spoczynku i żyje wraz z rodziną w swojej podwarszawskiej
posiadłości.
Artykuł musi zostać
zredagowany aby zlikwidować liczne nieodpowiednie sformułowania. W tej formie
nie zostaje dopuszczony do druku.
- Królewska Ministerstwo do spraw
prasy, Numer ewidencyji urzędniczej 108222
Tekst napisany przez Dawida Szymańskiego, dziejące się w alternatywnej rzeczywistości roku 1924. Rysunek przedstawia SMS Rheinland i pochodzi z domeny publicznej.
Tekst napisany przez Dawida Szymańskiego, dziejące się w alternatywnej rzeczywistości roku 1924. Rysunek przedstawia SMS Rheinland i pochodzi z domeny publicznej.
Komentarze
Prześlij komentarz