Przejdź do głównej zawartości

Listy sierżanta (Cz. II)




Sierżant Jan Podgórski, 29.XII.1924, Warszawa.

Huk i strzały. Pociąg przyspieszył. Otwarłem oczy sklejone, wagon pełen zdezorientowanych żołnierzy, ktoś się odlewa, ktoś trze oczy. Z przedziału dla dowództwa wpadł kapitan drąc się, że zostaliśmy zaatakowani. Szybki rzut oka na cyferblat pradziadowej cebuli – spałem tylko nieco ponad trzy godziny, niemożliwem jest byśmy już do Kijowa dotarli. Czyżby ruscy przedarli się aż tutaj?!
Hałas coraz większy, gdy do kanonady z „Groźy” i „Śmierci” dołączyły chaotyczne strzały kamratów wychylających się przez okna i świetliki wagonu. Lecz do kogo strzelać? Kto atakuje? Nieważne, byleby odpowiedzieć ogniem, jak oni nam tak my im.
Wychyliłem się przez wąskie okno. Skład zakręcał, więc doskonale widać było jadącą na jego tyle „Śmierć”. Sypała w niebo feeriami czerwonych blasków, pluła dymem i siarką, charczała terkotem maszynowej broni. Na niebie ranne zimowe słońce. Blade sylwetki nurkujących  dwupłatowców. Typowy atak z powietrza, ani śladu naziemnych wojsk, a skład akurat przez szerokie, puste pole jechał. Tylko jakaś chatynka samotna mrugnęła czasem , albo zagajnik brzozowy wyrastający samotnie. Rzuciłem się do tyłu po karabin. Kapitan mamrotał do siebie obserwując przez lornetkę, ludzie tłoczyli się przy oknach, Żurek nawet się nie obudził. Rzuciłem pytanie z kim walczymy, ale utonęło w ogólnej wrzawie, rozkazy moje by zachować spokój też bez echa znikły. Pociąg ponownie ostro zakręcał, parę osób pobiegło do drugiego wagonu czort wie po co i na czyj rozkaz. Załadowałem broń i wlazłem na jedną z ławek. Gdzieś walnęło. Splunąłem. Oddałem parę strzałów w niebo przez świetlik, do niewyraźnych sylwetek dwupłatowców. Huk, wstrząs. Seria z karabinu przebiła drewniane ściany wagonu na wylot, zdobiąc je nieregularną perforacyją. Szczęście, że w miejscu niezajętym przez nikogo. Kanonada. Krzyki z sąsiedniego wagonu, ledwie słyszalne, jakiś łomot. Ktoś się opętańczo zaśmiał. Kolejna seria, sypią się odłamki desek, padło czterech, pięciu, cholera sześciu chłopaków. Jeden trafiony w nogę wpadł na rozgrzany piec, z miejsca zerwał się drąc się opętańczo i padając znów. Ściany zamalowane na czerwono, mróz lezie przez dziury w ścianie, nikt go nie czuje w ferworze walki. Kapitan zaklął, sanitariusz wywalił cały plecak na ziemię, drąc się do innych, instruując co mają robić, co drugie słowo wrzucając, że „się kurwa nie rozdwoi”. Ktoś wrzeszczał do słuchawki interfonu, waląc przy tym w ławę. Wybuch gdzieś blisko. Pewno szlag trafił któryś wagon. Zachwiałem się, przytrzymałem krawędzi świetliku. Strzelam przezeń dalej, wycelować trudno, słońce oślepia zaspane oczy. Strzelam, strzelam, strzelam w niebo. Wstrząs.

Cisza.

Wszystko trwało może pięć minut. Ciżba kotłuje się przy oknach. Przepędzam paru żołdaków, sam wyglądam. Pociąg pędzi naprzód, zostawiając dymiące za sobą wraki na polu.  Kapitan biegnie do drugiego wagonu, sanitariusz wykrzykuje swoje regułki i polecenia. Każę Żółkiewskiemu wyjść na dach, niech zobaczy co się dzieje w koło. Zapalam papierosa.

Po kolejnych paru chwilach wszystko się uspokoiło. Uszkodzono działo na „Grozie”, w wyniku ostrzału wagonów rannych zostało kilkunastu ludzi, dwóch śmiertelnie – szeregowy Witczak wykrzyczał mi to jednym tchem plując soczyście. Kapitan biegał po wagonach, obwieszczając krzykiem, że zaatakowali nas ukraińscy komunistyczni bojówkarze. Wedle raportu radiowego z pobliskiej bazy w Ochrasznej, ukradli stamtąd pięć Królewskich samolotów, przy okazji nieudolnie próbując podpalić koszary. Zbiesili się czy co, pociąg pancerny atakować? Desperaci widać. Albo jaki politruk tak nakazał.
Komuchy. Cholerna hołota. Plebs najgorszy, z rynsztoka Europy. Bo jakże inaczej nazwać tą kanalię? Najpierw jakieś pomylone próby rewolucyj w Imperium Rosyjskiem. Woda na młyn dla cara. Jak ich przytarli parę razy, Carska Armija pospołu z ochraną i kozakami, to się zbierali parę miesięcy w ciszy i – tfu – jakąś Krasną Armiję stworzyli z wszelakiej maści degeneratów, na których wystarczy kilka wzniosłych haseł i wyborczej kiełbasy, albo im sztandarem pomachać nad łbem. Zamach stanu próbowali zrobić, nawet na chwilę zajęli parę punktów. W odpowiedzi car pojechał na wakacje do Jekaterynburga, a próbującą zająć pałac zimowy czerwoną armię baranów starła w proch armia imperium. Żadnych jeńców, żadnych aresztowań, wybito drani do nogi, w starym carskim stylu. I się wybiło im z głowy rewolucyję. Ale niech sobie jeden nie myśli, że na tym koniec był. W świeżo odrodzonym Królestwie Polskim, też się pojawiły jakieś huncwoty z czerwonymi flagami, raz dwa Król wespół z Marszałkiem zrobili z nimi porządek. A teraz, Ukraina. Ziemie wprawdzie wcielone do Królestwa, pod kontrolą, ale niespokojne wciąż. Nacjonalistyczne nastroje od dawien dawna tam się gotowały, a teraz gdy czerwoni, uciekający z Rosji osiedlili się tam - jako że trudno tam sprawować kontrolę, taką jak sprawuję się w samej Polsce – wymyślili, że ciemna czerń i robotnicy mogą być równie podatnym gruntem na ich pomysły, co ich rodzima klasa robotnicza. Na barykady uciskany ludu Ukrainy! Precz z Polaczkami, dziś Ukraina jutro Rosja, pojutrze Europa. Koń by się uśmiał. Rezultat jest takowy, że co rusz Królewskie Wojska doświadczają takich czy innych szkód od czerwonych nacjonalistycznych partyzantek, złożonych ze zwykłych Ukraińców, zbuntowanych przeciw carowi kozaków i twardogłowych ruskich komunistów. A potem ludzie czytają w Kurjerze Warszawskim, że tu czy tam zawisł czerwony sztandar, tylko po to, ażeby w wydaniu nazajutrz ujrzeć wielki nagłówek – tylu a tylu wywrotowców aresztowano, tylko pójdzie do ciurmy, a tylu na roboty, a jeszcze tylu – pod mur. I potem Piłsudski z Poniatowskim mogą wygłaszać frazesy o wielkich bitwach z odradzającym się bolszewizmem. Jam patryjota gorący – ale nie dajmy z siebie robić głupków: te bandy hałastry to żadne odrodzenie. To żałosne popłuczyny po żałosnej hołocie. Spłukać ich z pomyjami.

Podano obiad. Rzadka kasza z lichymi skwarkami, do tego tradycyjny białoruski chleb z ziarnami. Niby siermiężny posiłek, a smakował lepiej jak w domu. Tym bardziej, że dziś wigilia. Obyśmy dotarli przez pierwszą gwiazdką, bo nie sądzę by w pociągu podano nam coś więcej ponad kaszę - pomyślałem i z miejsca stwierdziłem, że sam w to nie wierzę.

O godzinie dziewiętnastej Kijów był ciągle daleko, a kapitan Radzanowski zawiadomił interfonem cały pociąg, iż postoju na wieczerzę nie będzie. Larum podnieśli zrazu moi podkomendni - i jak sądzę reszta pociągu również – bo i jak się tu nie zdenerwować. Zamknąć się kazałem im, wyjaśniając (choć w duchu mnie samego cholera brała), że moskale swój kacapowy kalendarz mają, i wigilię mają w styczniu. Choć doskonale o tym widziałem, sam w duchu jak dureń miałem nadzieję na jakiś postój.
Wtem drzwi działowe do wagonu otwarły się i przylazł żołdak w białem fartuchu upaćkanym prowadząc wózek z wielkim garem, zakrywaną tacą i kilkoma mniejszymi garnkami. Z miejsca ludzie podnieśli się i wzrok ku niemu skierowali. Pyzaty kucharz, przepraszającym tonem powiedział, że „więcej nie ma, nic innego też nie wynajdzie, a jeszcze w całym składzie to w czorta ludu do wykarmienia”, po czym odkrył zawartość naczyń.
Intensywna woń domowego rosołu rozniosła się po całem wagonie. Wnet dołączyły do niej zapachy placków ziemniaczanych. Atmosfera momentalnie poprawiła się, humory ludzi również. Do menażek rozlano zupę, każdemu dano po placku. Gwar zapanował wesoły. Posiłek może niewyszukany, ale w porównaniu z wojskowymi pomykami – był niczym iście królewskij obiad. Kapitan życzył smacznego przez charkoczące głośniki, ludzie poczęli dzielić się przyniesionym przez kucharza opłatkiem. Kompaniję moją ów kuchta pożegnał gorącemi słowami: „no już żreć i spierdalać mi z drogi, toż nie jesteście jedynymi ludźmi na tym przeklętym złomie”. Popchał swój kram dalej, ku następnym wagonom.
Patrzyłem na tych młodziaków, jak pałaszują i życzą sobie dobrego wszystkiego, i zastanawiałem się – ilu z nich będzie dane spędzić podobny wieczór za rok. Zatrzęsło. Znów zaczął sypać śnieg. Zacząłem jeść, delektując się każdą łyżką, a potwór na szynach wypełniony setkami ludzi pognał dalej.
***



MACHINY WOJNY
Bezpłatny dodatek do „Nauki i Techniki”
Nr 2 (Luty 1924)
Nakład 300.000 egz.
Drukarnia „Dobrowolski”, H.J. Dobrowolscy
Wilno 67


MJA-122 „Taran”

Prawdopodobnym pomysłodawcą i pierwszym wykonawcą projektu był sir Ronald Startley, brytyjski naukowiec, który wsławił się wieloma innowacjami w zakresie protetyki i udogodnień dla inwalidów. Pierwsze Mobilne Jednostki Artyleryjskie (ang. Mobile Artillery Unit; ros. Мобильная Aртиллерийская Yстановка) pojawiły się na froncie jeszcze w 1916 roku – były nimi rumuńskie „Voronescu”. Mocno awaryjne i o niskiej użyteczności bojowej, w pierwszych latach służyły raczej za wsparcie i/oraz jako broń psychologiczna - o dczworonożnych potworach o wielkim zasięgu krążyły wśród żołnierzy frontów Europy niezwykłe legendy. W niedługim czasie jednak, technologia została znacznie ulepszona i rozwinięta, a dziś MJA, popuarlnie zwane „MAU” wykorzystywane są przez większość armii Europejskich. Mobilne Jednostki Artyleryjskie, oględnie mówiąc, są ni mniej, ni więcej jak poruszającą się na czterech mechanicznych nogach platformą, wyposażoną w stanowiska karabinów, działa bliskiego zasięgu oraz główne działo artyleryjskie (różnice zaleznie od modelu).

Popularny Taran stanowi szczytowe osiągnięcie polskiej myśli technicznej, jeśli mowa o sztuce wojennej. W odróżnieniu od carskich Petrów i Babinów (Maп-7 „ПЕТР” oraz Maп-8 „БАЬИН”), znacznie poprawiona została zwrotność i prędkość. Względem klasycznych (lecz ulepszonych) „Voronescu” (oczywiście mowa o modelach od A3 wzwyż), ulepszono zdecydowanie funkcjonowanie stabilizatorów pochłaniających siłę odrzutu przy oddawaniu strzału. Technologia ta musi być jeszcze dopracowana, wciąż wszak zdarzają się przypadki łamania odnóży maszyny lub niekontrolowanych upadków przy oddawaniu salw.

O polskich „Taranach” mówi mjr Ryszard Żewuski:

„Zawsze największym problemem jest pilotowanie tego skur**stwa. Ileż to razy, panie świeć nad ich duszami, ktoś nieopatrznie zdeptał mechanika albo jakiegoś zagapionego żołdaka? Poza tym, psia mać, z kabiny to widac niewiele w tych taranach. Miałem onegdaj sposobność, widzi pan, prowadzenia niemieckiego Czarnucha (Deutsche MAU Einheit 67-B „Schwarz” – przypis red.), i mimo iż rucha się jak mucha w smole, to kabina pilota ma nieporównywalnie lepszą widoczność... Co? Oględnie? Oględnie rzecz biorąc, panie tego, to mówiąc wprost do wad tych cacek zaliczyłbym lichą zwrotność i dużą ilość potrzebnej obsługi: sama załoga liczy 6 osób, a do tego dolicz pan mechaników i zwiadowców; ale zalety – poruszanie się po każdym terenie, pochłanianie odrzutu i zwiększony zasięg – warte są swojej ceny. Ma pan może papierosa...?” 

WRPB-3 „Orzeł”
Jedną z bardziej charakterystycznych cech owej maszyny jest prawdopodobnie zdumiewająca ilość przydomków ją określających, istniejących w samym tylko języku polskim. Fruwak, Maciora, Megiera, Spachor, Klin, Budda – to tylko niektóre z nich. Mowa oczywiście o szczytowym osiągnięciu cywilizacji łacińskiej, popularnie zwanym „latającą fortecą”.

Sercem owych maszyn jest napęd Tesli-Svensona. Wykorzystujący niezbadane jeszcze dokładnie zjawiska fizyczne, wciąż wzbudza zachwyt, zdumienie i niedowierzanie – próby zastosowania go w automobilach spotkały się z niezrozumieniem i strachem. Nic więc dziwnego, iż technologią zainteresowało się wojsko. Krótko mówiąc, urządzenie umożliwia nieznaczne przezwyciężenie praw natury i samej grawitacji, pozwalając danej maszynie na unoszenie się nisko (zwykle do 4 metrów) nad ziemią. Nie do końca poznano prawo to umożliwiające, lecz wciąż prowadzi się intensywne badania nad rozwikłaniem tej zagadki. Sam Tesla przyznał, że odkrycia dokonano właściwie przypadkiem – znana jest formuła, nieznany powód działania.
Pierwsze modele wystawili żołnierze „Północy” w 1917 roku, do roku 1922 każde państwo dysponowało przynajmniej kilkoma maszynami. Umasowienie produkcji możliwe stało się dzięki poczynieniu kolejnych odkryć naukowych, które pozwoliły obniżyć koszty. Ciągle jednak, „Maciory” są drogą bronią, niechętnie wystawianą, jeśli istnieją inne opcje.

Pomysł projektu jest zdumiewająco prosty, podobny do koncepcji czołgów – ruchomy bunkier zdolny do ataku. W przypadku „fortec”, można mówić wręcz o ruchomej twierdzy. W zależności od przeznaczenia, może zostać wyposażona w różne rodzaje broni, lub obciążona dodatkowym pancerzem. Wystawienie jej przeciwko piechocie praktycznie gwarantuje zwycięstwo, jednakże kiepska mobilność umiejscawia te maszyny raczej w roli obrońców, tudzież broni ostatniej szansy.

O mobilności jeszcze słów kilka. Pierwsza forteca, wedle relacji świadków (Tallin 1917), została dostarczona na pole bitwy ciągnięta przez konie. Obecnie, wykorzystuje się jako siłę pociągową raczej samochody (często, gdy wymaga tego sytuacja, także wozy pancerne lub czołgi), chociaż wiele armii wciąż stawia na zwierzęta. Pojawiły się też modele wyposażone w „popychacze”, gąsienicowe platformy sterowane z wnętrza fortecy, umożliwiające precyzyjne manewry.


SPKP „Wicher”
Jeszcze przed wojną zapotrzebowanie na masowy transport drogą powietrzną wzrosło wszak na tyle, że technologia takowa musiała być pchnięta do przodu tak czy inaczej. Niemieckie „Bismarcki” produkowane od 1911 położyły podwaliny pod dzisiejszą technologię budowy statków powietrznych. Największym problemem była prędkość: im większy statek, tym gorzej było z jego rozpędzeniem. Niemcy przezwyciężyli ten problem dosyć szybko, a Skandynawowie prawdopodobnie jeszcze szybciej (chodzą pogłoski wszak, że to oni pierwsi uruchomili produkcję i wdrożyli technologię gigantycznych sterowców, Niemcy jedynie ją podpatrzyli), nie mniej jednak dziś standard „Bismarcka” obowiązuje w całej Europie.

Polski Wicher wyprzedza niemieckie konstrukcje większą stabilnością lotu i wzmocnionym opancerzeniem. Mówi Jan Bergman, inżynier pokładowy statku powietrznego floty Mińska:
„nie ma nic śmieszniejszego niż ruscy w swoich fruwakach, próbujący w ogóle zbliżyć się do statku. Jako, że nasz wicher ma obecnie 6 stanowisk karabinów maszynowych, których kąty strzału pokrywają się – nie ma możliwości zbliżenia się do statku na odległość pozwalającą jakieś sensowne działania”. Rozmówca, zapytany o to jak w takim razie jest możliwe, że w samym 1923 roku straciliśmy na Linii Wiśniowieckiego aż 5 takich maszyn, odpowiada: „Jak posadzisz pan bęcwała za sterami i ślepych za karabinami, to co się dziwić”. Obecnie, największa baza naszych „Wichrów” znajduje się w Mińsku, skąd maszyny te dowożą żołnierzy na całą długość linii Wiśniowieckiego.

PPP „Husarz” oraz PPP „Trupia Czaszka”
Bez zbędnej przesady powiedzieć można, że „Husarz” to forteca na szynach. W odróżnieniu od innych typów pociągów pancernych, przeznaczonych konkretnie do walki, „Husarz” spełnia przede wszystkim funkcje transportowe, dowożąc naszych żołnierzy na pole walki przez szczególnie zagrożone tereny. Dzięki obecności pięciu platform obronnych, wyposażonych w stanowiska baterii przeciwlotniczej i karabiny maszynowe, a także unikalnemu pancerzowi, pasażerowie mogą czuć się bezpiecznie. W wyposażeniu wagonów transportowych znajduje się kuchnia, a wagony oddzielone od siebie platformami obronnymi, połączone są specjalnym przejściem, tak aby w razie potrzeby można było w niedługim czasie przejść cały skład wzdłuż.

Zupełnie inną maszyną, o mniejszych gabarytach, lecz większej prędkości maksymalnej jest „Trupia Czaszka”. Pociąg ten jest znacznie mniejszy od transportowych Husarzy, pozbawiony jest ponadto przestrzeni mieszkalnej, zapewniając jedynie minimalną niezbędną ilość miejsca na odpoczynek załogi. „TP” wsławiły się wieloma brawurowymi akcjami, zwłaszcza niespodziewanymi szturmami na miasta oraz rozbijaniem stanowisk obronnych wroga.


Tekst napisany przez Dawida Szymańskiego, dziejące się w alternatywnej rzeczywistości roku 1924. Zdjęcie przedstawia "Czołg Cara", autor nieznany. 

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Erpegi na pierwszy raz

„To tego jest aż tyle?” to mnie uświadomiło do końca. Pokazywałem relatywnie nowemu graczowi podręcznik do Warhammera i zrozumiałem, że wprowadzanie nowych ludzi do rpg nie może się odbywać jak za czasów szkolnych. Długie i skomplikowane zasady, konieczność znajomości settingu i długość rozgrywki, powodują że gry fabularne mają (zwykle słuszną) opinie rozrywki o bardzo wysokim progu wejścia. Jedną z inspiracji do napisania tej pracy była próba, pokazania rpg osobom zupełnie „niefantastycznym” (w dodatku z doskoku), podczas oceny i testowania prac na konkursach Rzut na Inicjatywę oraz Game Chef. Drugą inspiracją była długa dyskusja podczas ostatniej Zjavy z cyklu „Porozmawiajmy o rpg”. Poniżej kilka pomysłów na pierwszy krok w świat gier fabularnych oraz mniej oczywiste kontynuacje. Skupiam się głownie na grach polskich, jak macie jeszcze jakieś godne polecenia gry - piszcie w komentarzach. Nuda, co? Chcecie w coś pograć?Oczywiście jedną z możliwości wprowadzenia nowych osób w hobby je…

Making of Quentin 2017

Inspiracje
Geneza nadesłanego przez nas na XIX edycję konkursu Quentin scenariusza „Festyn w Obeersert” jest dosyć długa. Wszystko rozpoczęło się od mini-kampanii w WFRP jaką rozgrywaliśmy wiele lat temu (byłem wtedy Mg, Dawid graczem). W jej pierwszej części gracze wcielali się w Skavenów i podobnie jak w „Festynie” prowadzili akcję dywersjyną przeciw niewielkiej ludzkiej społeczności. W następnej części scenariusz przechodził w ręce awanturników (początkowo gracze nie zdawali sobie sprawy że mierzą się ze skutkami swoich własnych poczynań) i kończył się starciem ze szczuroludźmi w finale. Jednym z wniosków, jaki wyciągnąłem z tamtej gry to, że gracze sami stworzyli sobie naprawdę dobrych przeciwników. Aktywnych i trudnych do pokonania, lecz bez skazy „prawidłowego planowania rzeczy, których nie da się zaplanować” (przydarzający się nader często w filmach, gdy „mastermind zła” ma odpowiedź na wszystko prawie do samego końca, żeby wypaść jeszcze bardziej złowieszczo). Był to też okres…

Quentin 2054

Jeśli do roku 2054 Moloch nie zbierze się w sobie, kosmici porzucą idee fixe aby nas napaść, a rpg nie zdąży umrzeć będziemy mieli 50 edycję konkursu na najlepszy scenariusz do gier fabularnych Quentin. Ponieważ w tym roku mamy również okrągłą liczbę opracowałem różne możliwości rozwoju konkursu.
Format pracy Jedną z najbardziej burzliwie omawianych przez komentatorów kwestii jest rola rysunków oraz składu tekstu na ocenę jurorów. Pomijam tutaj kwestię, że tworzenie scenariuszy do tego czasu może zostać już całkowicie zautomatyzowane (co zapewne wymusi dodanie do opisu oprócz „najlepszy, niepublikowany” także członu „napisany przez człowieka”). Różnice w formie będą z biegiem czasu narastać powodując, że konieczne będzie opowiedzenie się kapituły za jakimś rozwiązaniem.  Możliwości widzę kilka:
- Konserwatywna Scenariusz będzie musiał mieć formę tekstu, z liczbą grafik nieprzekraczających pewnej stałej wartości lub zależnej od długości tekstu. W formie całkowicie konserwatywnej będzie t…